TKWI TO WE MNIE- Zofia Vogtman – 27.03.2025
O WYSTAWIE
W Instytucie 116 odbył się wernisaż wystawy „TKWI TO WE MNIE” – prezentującej około 20 prac malarskich autorstwa Zofii Vogtman (z domu Tarnowskiej). Były to niewielkie, kruche obrazy na papierze, malowane w latach 90., często z tyłu opatrzone dopiskiem „Getto Warszawskie 1942 rok”. Ich skala była kameralna, ale przekaz – niezwykle mocny: prace niosły ogromny ładunek emocjonalny, pamięć i cień historii.
Obrazy przetrwały w domu wnuczka artystki. Po latach, gdy pojawiła się myśl, by „coś z nimi zrobić”, prace trafiły do Instytutu 116 i zostały pokazane publicznie jako wyjątkowa, poruszająca opowieść o tym, co zostaje w człowieku na zawsze – o obrazach, które „tkwią” w pamięci i domagają się uwiecznienia.
Ważnym elementem wieczoru była opowieść kuratorska Miriam Tajcher, która prowadziła widzów przez kontekst prac – ich legendę, emocje i sens. Wspomniano również historię krążącą wokół „Żydków na szczęście” – obrazków kupowanych w latach 90. przez osoby z zagranicy. Wystawa pokazywała jednak coś więcej niż folklor: te przedstawienia nie były dekoracją ani pamiątką, tylko małymi „pocztówkami” z nieistniejącego świata, malowanymi z wewnętrznej potrzeby.
Szczególną uwagę przyciągały twarze bohaterów prac – te oczy jak węgielki, ledwie zaznaczone na kartkach, a jednocześnie niezwykle obecne. Kontrast pomiędzy delikatnością formy a ciężarem przekazu budował ciszę, która długo zostawała w odbiorcy.
Podczas wydarzenia zaprezentowano także warstwę performatywno-literacką: w personifikację Zofii Tarnowskiej wcieliła się Miriam Tajcher, oddając głos pamięci – tej prywatnej, upartej, niegasnącej. Z wernisażu powstał film dokumentujący atmosferę spotkania i fragmenty opowieści.
Wernisaż: 27.03.2025, godz. 18:00
Miejsce: Galeria Instytut 116, ul. Grochowska 116, Warszawa (Praga-Południe)
Kurator: Miriam Tajcher
Foto/Video: Jacek Jędrzejczak, Regina Rudnicka
Zofia Vogtman
Zofia Vogtman (z domu Tarnowska)
Malarka, której kameralne prace na papierze powstawały głównie w latach 90. XX wieku. W niewielkich formatach utrwalała obrazy zapamiętanego świata przedwojennej Warszawy i jej żydowskiej społeczności; część prac opisywała na odwrocie jako „Getto Warszawskie 1942 rok”. W wywiadzie prasowym z 1996 roku mówiła, że impuls do malowania przyszedł do niej we śnie: „Przyśniło mi się, by malować Żydów.” Jej obrazy – kruche, proste, a jednocześnie intensywne emocjonalnie – przetrwały w rodzinnych zbiorach i po latach zostały pokazane publicznie jako poruszający zapis pamięci.
"Jasnym stało się dla mnie, że muszę je wyeksponować! Tak, jako kuratorka wystawy TKWI TO WE MNIE, dumna jestem, że mogę wskrzesić sztukę Zofii i zabrać państwa na małą podróż w czasie do świata jej malarskiej pamięci"
Starając się zrozumieć nostalgię przebijającą z jej obrazów, spróbowałam wcielić się w Zofię i jej słowami wytłumaczyć, skąd ta nieodparta potrzeba malowania przedwojennej społeczności żydowskiej. Sama Zofia w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" z 12 stycznia 1996 roku powiedziała: "Przyśniło mi się, by malować Żydów." Po co? Dlaczego? Przychodzi mi do głowy słowo "misja" – swoista powinność, która zrodziła setkę tego typu obrazków.
Legenda głosi, że w latach 90. Polonia lądująca na warszawskim Okęciu brała taksówkę na ul. Koźlą, aby kupić od Zofii "Żydka" – na szczęście. Podobno kosztował 40 dolarów, co było wtedy niemałą fortuną! Za trzy obrazy płaciło się 100 USD – bo w hurcie. Ale ile w tym jest prawdy, że coś takiego w ogóle miało miejsce..?
Osobiście podoba mi się zakurzona już tradycja zbierania obrazków przedstawiających "Żyda z monetą", aby zapewnić domowi dobrą passę. Nieścisłością tej historii jest to, że obecne tu "Żydki" nie liczą pieniędzy… Więc czy to o to chodziło? Tego już nikt się nie dowie i czy wiedza ta jest nam potrzebna…
W rzeczywistości mamy przed sobą małe, kruche papiery, malowane czasem byle czym – ale o ogromnym ładunku emocjonalnym i historycznym. Pocztówki z epoki, która już nie istnieje; uwiecznionej przez naocznego świadka przemian, jakie przeszedł nasz kraj i jego społeczeństwo. Studiując spontaniczne pociągnięcia pędzla, uderzy nas kontrast pomiędzy delikatnością formy a ciężarem przekazu. I to uważam za popisowy zapis zarówno emocji artystki, jak i jej plastycznego talentu. A co najważniejsze – te oczy jak węgielki. Zaledwie drobne kropki na małej kartce, a zdają się świecić wewnętrznym blaskiem. Jakby powiedziała Zofia – "takich ich pamiętam". Chylę czoła i wysyłam Pani Zofii i jej bohaterom dobrą myśl; mam nadzieję, że dotrze do nich, gdziekolwiek się teraz znajdują.
Miriam Tajcher
TKWI TO WE MNIE
W ciągu mojego życia widziałam wiele różnych światów i z biegiem czasu nauczyłam się do nich nie przywiązywać. Przemijały szybciej, niż ukorzeniło się we mnie przekonanie, jak bardzo sama do nich należę.
Przyszłam na świat na początku XX wieku. Dzieciństwo spędziłam w Rosji – okrutnej, lecz przepięknej. Rosja była wtedy tym, co kojarzyliśmy z pojęciem "rosyjska kultura". Już takiej Rosji nie ma.
W Polsce też było trochę sznytu i aspiracji. Przynajmniej w naszym rodzinnym majątku. Częste bale, lekcje muzyki i języków obcych. Tak się kiedyś żyło w pewnych kręgach; może i arystokracja… Wszystko to wojna przerwała.
Wyszłam za oficera. Dla młodej dziedziczki w latach 30. to była nobilitacja, a służba wojskowa co najwyżej w koszarach. Chwilę później wybuchło. Front, a potem jego zmiana. Ucieczka na Kresy i zaraz z powrotem z Wołynia. Parę miesięcy u rodziny w majątku pod Treblinką. Wyjście z Warszawy w czasie powstania. Tak, czasem to wszystko wraca.
Wyglądam z okien mojego mieszkania, bardziej służbówki – na Trakt Królewski. W oddali majaczy Stare Miasto, które jest zupełnie nowe. Komuna nas wszystkich zrównała; w pomieszaniu kto kim jest i po co. Przed wojną żyło się koło siebie, choć na różnych orbitach. Teraz wszyscy są za blisko. Zaglądają ci do głowy. Ale czy widzą to, co ja?
Nie poznaję świata, w którym się znalazłam; miasta, które wcale nie jest moje, mimo iż spędziłam w nim większość życia. Wiem, że obecna rzeczywistość też przeminie albo zatoczy koło. Chciałabym bardzo, aby coś po mnie zostało i po tym, co żyje już tylko w mojej pamięci; niczym w półśnie. Wspomnienia te domagają się uwiecznienia – choćby li i jedynie na tych małych kartkach.
Maluję ich właśnie, bo gdzieś też należeli do mnie. Wyrwa po nich jest jak ból fantomowy. Nie to, że byli blisko, ale byli wokół nas. Lubiłam ich obecność, ich inność, ich zaradność. Nie myślałam o nich zbyt wiele, zanim zobaczyłam ich ściśniętych za murami. Wynędzniałych. Często w swoich szatach i ze swoim językiem. W przeludnieniu, choć przybywało ich coraz więcej. A potem już było ich tylko mniej. Tkwi to we mnie.
I tak wciąż śnią mi się te jabłonie w naszym majątku, ociężałe od mnogości owoców. Gorący sierpień 39. roku. Śni mi się moja koleżanka z gimnazjum w transporcie. Śnią mi się kupcy, co przychodzili do ojca. Dźwięk niczym rój pszczół, gdy stłoczeni pędzili w wagonach. Warszawa sprzed bombardowań. Ale najmocniej wracają do mnie te czarne oczy rozpaczy za murami getta…
W personifikację Zofii Tarnowskiej wcieliła się Miriam Tajcher.